kokietka blog

Twój nowy blog

Lu drzemał sobie na dworze, na słońcu, w wózku, tuż pod moim
czujnym okiem, pod oknem w kuchni. Wyjęłam rozmrożone filety z kurczaka,
ułożyłam na desce i tłukę – bum, bum, bum. Dzwoni telefon. Myję ręce, naprędce
wycieram w kuchenną ścierkę, chwytam słuchawkę – słucham – rozbrzmiewa
kuchennym echem mój głos. Pip, pip… Nie zdążyłam. Odczekuję moment, by dać
szansę na kolejne połączenie. Telefon milczy. Biorę się więc za piersi.
Kurczaka, gwoli ścisłości. I tłukę namiętnie. Jeden, drugi, przy trzecim (dla
jagi*) znów słyszę dźwięk telefonu.

- Halo? – odbieram z pewnością, że po drugiej stronie
usłyszę znajomy głos.

- Dzień dobry. Sebastian K., doradca, sru tu tu tu, z tej
strony, czy mógłbym rozmawiać z właścicielem?

- Właścicielem czego? – grzecznie pytam.

- Firmy – odpowiada jeszcze nie poirytowany.

- A której? – pytam może i nieco złośliwie, ale z uśmiechem
(bo wiedzieć należy, że pod tym numerem telefonu zarejestrowane są dwie firmy)

- Cyfry – niepewnie mówi.

- Słucham? – nie brzmię chyba przekonująco, bo pyta:

- Pani Magdalena?

- Owszem – odpowiadam. Słucham pana, panie S.

- Jestem przedstawicielem (tu nazwa firmy, ale za reklamę mi
nie płacili). Chciałbym zaproponować pani pozyskiwanie środków z funduszy
europejskich dla pani firmy…

- Dziękuję, nie jestem zainteresowana – odpowiadam, i
wiedząc już, że marnuję czas, przywaliłam kotletowi.

- Może jednak, gdyż mam dla pani specjalnie opracowany
projekt…

Przerywam mu w pół zdania, przekonując, że naprawdę marnuje
czas. Swój i mój. Na potwierdzenie mych słów, przywalam w kotlet dla jagi już z
nieco większą siłą, na co on, już pozbawiony wszelkich wątpliwości, zegna się.

Przyprawiam filety, kroję
pieczarki, cebulkę i wrzucam na patelnię z roztopionym masłem. W tym czasie
ucieram ser na tarce z dużymi dziurami. Zerkam na Lu. Śpi. Lubię patrzeć jak
śpi. Ale rzadko mam czas po prostu, zwyczajnie popatrzeć na niego. Praca,
firma, obowiązki. Zapach pieczarek rozgościł się już w każdym zakątku kuchni.
Wyciągam pieprz, by je doprawić. Dzwonek. Tym razem do drzwi. Zerkam przez
odsłonięte żaluzje kuchenne. Listonosz. Mój ulubiony. Otwieram mu drzwi,
odwzajemniając uśmiech. Idziemy na górę, wygodnie zasiąść przy biurku, gdyż
mamy trochę papierkowej roboty z podpisami, pieczęciami i sumowaniem kwoty przekazów.
Przypatrujemy się sobie ,czasem trochę flirtujemy, i tak nam schodzi kilka
minut, podczas gdy zapachy z kuchni nabierają intensywniejszego tonu. Wracam
więc do kuchni. Na kotlety nakładam pieczarki z cebulką, dodaję starty ser,
zawijam, panieruję i smażę na rozgrzanym oleju na tyle długo, by ser miał szansę
rozpłynąć się w piersiach. Polecam, pycha; choć ja nie zawsze mam szansę
spokojnie przygotować obiad.

Jaga* – babka Pepe, schizofreniczka, lat 89. Leczy się
psychiatrycznie. Któraś tam grupa inwalidzka, skrzętnie przez nią wykorzystywana
na każdym kroku, który mógłby się dla niej okazać niewygodny.

  

Poniedziałek.
Naturalnie następuje po niedzieli, weekendzie tak zwanym, bardziej modnie i młodzieżowo. Dla mnie jednak, wszystkie dni tygodnia, niczym szczególnym się nie różnią. Rutyna rutynę goni, bo to dobre, zdrowe i pożądane dla dziecka. Tylko mi już uszami wychodzi. Aby zaakcentować więc, kiedyś ogromnie wyczekiwany łykend, depiluję sobie nogi. Ot taka rozrywka, której sobie nie odmawiam, automatycznie wyciągając z szuflady beżowego Brauna. Choć początki tego akcentu, nie powiem, bywały trudne. Z jedną nogą gładką po urzędach biegałam, druga cierpliwie obrastała do następnej soboty. Zbliżenia z małżonkiem wymagały więc z mojej strony większego wysiłu psychicznego, by zgadnąć, którą nogę mam przygotowaną na czuły dotyk męskiej dłoni. Ale ja nie o tym.
Pierworodny, pierwszy, jedyny i ostatni! przed kąpielą jeszcze jest. A ja z Henrykiem* – dziś pierwszym, ale być może nie jedynym, a już na pewno nie ostatnim, łypię na tele kamery w Dwójce. Myśli nie dokończywszy, wykąpię Lu.
Henryk* – piwo Heineken.
ps. Mam dużo do opowiadania. To chyba ze dwa lata, co?

Nie ma to, jak zakraść się w nocy, po ciemku, do pokoju śpiącego dziecka. Po omacku wymacać krem do rąk w tubce, który okazał się być kremem, owszem, ale samoopalajacym do twarzy, i dokładnie wmasowaćgo w suche dłonie, po czym zasnąć snem kamiennym…

Kiedy rósł mi brzuch, to wprost proporcjonalnie do jego wzrostu, ubywało mi znajomych. Kiedy urodziłam Lu, znajomości umarły.

Dostałam sms. Będzie czekał na mnie przy Browarach Piast. Ucieszyłam się na to spotkanie. Wzięłam szybki prysznic, włożyłam bieliznę taką, jaka sądzę, że mu się spodoba. Pod płaszczem miałam kusą mini, piersi przesadnie odsłoniłam w głębokim dekolcie. Do tego czarne kozaczki na wysokiej szpilce. I jestem gotowa. Pojadę samochodem – myślę. Szybciej go zobaczę. Nie mogłam się skupić na jeździe, wciąż myślałam tylko o nim. Niecierpliwiłam się okrutnie, kiedy przez potężne korki nie mogłam przebić się przez miasto.
Kiedy wreszcie dotarłam na miejsce, już na mnie czekał…
Uśmiechnęłam się na jego widok. Wyglądał czarująco. Jakiś taki odmieniony. Zmienił się bezapelacyjnie. I ta figura… Chciałam go mieć tu i teraz. Podałam mu rękę i zabrałam do swojego auta. Pojechaliśmy do mnie. Pragnęłam go. I nie mogłam się doczekać chwili, kiedy dobiorę się do niego.
Dosłownie wbiegliśmy do domu i od razu rzuciłam się na niego spragniona! Szybko się przede mną otworzył. Wzięłam do ust… I trysnął we mnie swoim odmienionym, jakże wyśmienitym smakiem. Delektowałam się nim. Lizałam po szyjce… Widać, podobało mu się, bo przyjemnie syczał. Zaskoczył mnie. Był pozytywnie odmieniony. Dawno nie miałam go już w ustach. Ale pamiętam ten dzień, kiedy nieprzyjemnie trącił. Teraz to już przeszłość. Obecnie jego wnętrze zaskakuje. Nie mogłam się na niego napatrzeć. Tak szybko można go wkręcić, i nie wymyka się z dłoni, i tak szybko otwiera. Zdecydowanie – raz to było dla mnie za mało. Dobrze, że było ich więcej… Muszę go przedstawić moim znajomym. Muszą poznać tego, który zaspokoił wygórowane potrzeby kokietki. I sprostał im. Mój kochanek. Mój Carlsberg :)

ps. Dopuściłam się zdrady. Nie wiedziałam nawet, że tak łatwo mi to przyjdzie. Nie powiem, że nie myślałam wówczas o moim stałym towarzyszu życia… Ale Carlsberg smakował mi dobrze. Nie tak dobrze jednak mi z nim było, jak z Tatrą ;-)

Pozdrawiam świątecznie ostatnich czytelników.

Macierzyństwo. Dziwny stan. Wszystko odmienione. Moje ja takie obce, inne, całkiem nie moje.
Czas spędzany wcześniej z przyjaciółmi na plotkach przy piwie, w ulubionej knajpce lub też w dzielnicowej kawiarni na rogu, przy dobrym ciastku, ten czas, spędzam teraz na spacerze w parku, gdzie czuję się obca. Bawią mnie te spojrzenia doskonale znanych się z codziennych spacerów matek, spojrzenia, które jasno określają – o, nowa! I te ukradkowe zaglądanie do wózka, przez ramię, jak gdybym miała klapki na oczach i świata poza własnym dzieckiem nie widziała. Jak ten koń, szła przed siebie i nie dostrzegała tych ukradkowych spojrzeń… Otóż nie. Świat się zmienił odkąd pojawiło się w nim moje dziecko, to prawda, ale istnieje i mam tego pełną świadomość. I na litość, nie jestem tylko i wyłącznie matką i niekoniecznie pasjonują mnie ciągłe rozmowy o kupkach, mleczkach, pieluchach i innych szalenie porywających tematach. Pozostałam nadal kobietą. Kobiecość mnie przepełnia. Teraz to dopiero jest Kobiecość przez duże K! Jestem spełniona. Natura dopięła swego i dokonałam tego, do czego mnie stworzyła. Mam dziecko. Odrębną, małą istotę, którą szanuję, istotę o swoim indywidualnym charakterze, mieszaninę krwi mojej i Pepe. Wizualnie, odbicie Pepe w zminimalizowanej wersji, bezzębnej, bez zarostu, choć łysiejącej już jak stary facet. Facet, a nogi mu nie śmierdzą… To jego zdecydowany atut. I choć ma ich wiele, ten jak najbardziej mi odpowiada.
I jakoś nie przeszkadza mi bardzo to, że regał, który wypełniony był moimi ulubionymi książkami, równiutko poustawianymi w szeregu, ugina się teraz pod piramidami i wieżami dziecięcych ubranek, które wrzucam naprędce, i nie jest już tam wszystko w idealnym porządku, na swoim miejscu… Równiutko, ładnie poskładane, leżą tam przy dobrym powodzeniu, jakieś pełne pięć minut.
Najbardziej osobisty przedmiot, intymne miejsce w moim pokoju – biurko. Dotychczas zawsze wysprzątane, z ulubionym kwiatem w zielonej ceramicznej doniczce, obok kubki – prezenty od znajomych, w których dumnie eksponowały się długopisy wszelkiej maści, moja mała słabość… bo choć piszę jedynie niebieskim BIC opakowanym w pomarańczowo niebieskie plastiki, to lubię być w posiadaniu wielu, a najlepiej mnóstwa długopisów. Najważniejsze miejsce na blacie zajmowało pióro Parker-a, które dostałam od Pepe na naszą trzecią rocznicę i zapisuję nim najważniejsze notatki lub najskrytsze myśli, bo nastraja mnie zawsze i tchnie tak mocno, że wena sama przychodzi. I choć trudno w to uwierzyć, nadal pachnie męskimi perfumami marki Adidas, który to zapach zniewalał mnie i sprawiał, że kolana mi miękły… To moje wypielęgnowane biureczko, zbezczeszczone jest teraz niemalże przez butelki, smoczki, sole fizjologiczne, witaminy w kropelkach dla niemowląt, rozrzuconą w nieładzie literaturę dla mam i ogólny nieład…
Ulubiona pościel, pachnąca czystością, nosi na sobie ślady mleka, kupek, i zmieniła zapach na oliwkowy. Pachnie oliwką Johnson`s. A w niej, zamiast męża, niemowlak leży! I łypie na mnie swoimi dużymi czarnymi oczami. I uśmiecha się. I gaworzy. Albo wrzeszczy w niebogłosy. Tulę go wtedy, szepcząc do ucha, że nie wyobrażam już sobie życia bez niego…Nawet z tym czystym blatem biurka, z książkami równo ułożonymi w regale…

Kokieciątko ;-)

14 komentarzy

Mówili, że urodzę – nie urodziłam (akcja porodowa zatrzymała się pod sam koniec i nie parłam)
Mówili, że wyzwę męża i będę kląć – ja używałam zdrobnień wszelakich do małża się zwracając pieszczotliwie i wołając tak, jak kiedyś dziecko mojej siostry – Pępuszku! :D albo Pępek. I prosiłam grzecznie, by masował.
Mówili, że pobiję lekarza – a ja jak tylko go ujrzałam, to uśmiechnęłam się i poprosiłam, by mnie elegancko pochlastał. I pochlastał. I elegancko pozszywał. Fakt, że po 12 h męczarni, ale jednak…

I w efekcie zostaliśmy rodzicami wysokiego na 59 cm, napakowanego do 3800, przystojnego bruneta o piekielnie czarnych oczętach, który chyba za urodę dostał 10 pkt. Od 23 września od godziny 10:40 jesteśmy szczęśliwymi, choć niewyspanymi rodzicami. Syn uparty jest po nas obojgu… Podobny do Pepe niesamowicie! Cały oddział dziwił się aż takiemu podobieństwu. I ma na imię Łukasz. Wybrane niemal pod drzwiami USC.
I jak Wam się podoba Don Juan, DeMarco? ;-)
Tu zobaczysz

To ty jeszcze nie urodziłaś? – tak witają mnie po naście razy dziennie przyjaciele, znajomi i rodzina. Gwałcą niemal sms-ami, napastują telefonami i pytają – kiedy rodzisz?
A ja nie rodzę i już. Mam zamiar się wymigać.

Nie rodzę, bo:

- nie umiem
- nie ma gdzie
- jestem na L4
- zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę nie jestem w ciąży

Więcej wymówek nie pamiętam.

Moja ciąża zaczyna nieprzyjemnie trącić. Niemalże czuję jej nieprzyjemny, nieświeży zapach przeterminowania. Jedyna poprawna politycznie data na narodziny to oczywiście było 10 września. Od tamtego czasu jesteśmy przeterminowani. Pasożyt jest wielki! Pasie się w moim brzuchu i macha kończynami aż do bólu. Ma w swym aksamitnym zadku troski matki o jego drogę ewakuacji. No bo którędy on myśli, że będzie się eksmitował?

Dla rozrywki, może trochę hazardu? Obstawiamy płeć pasożyta. I konkurs na imię dla obojga płci. Nazywam pasożyta Leon, bo to zawodowiec jest. Dla pannicy podoba mi się Laura, ale małż nie akceptuje tego, tak jak ja jego Staśka. I wcale nie narcystyczne, bo to małż wymyślił, by w razie córy, dać jej imię tak piękne jak i mamy – Magdalena.

Przeterminowana kokietka

22 sierpnia obeszłam swoje 27 urodziny. Szerokim łukiem.


  • RSS